Felieton. O mowo polska ! Anna Strzelec

Dwa tygodnie temu umieściłam na moim blogu post, po którego przeczytaniu nowi i stali czytelnicy zabrali chętnie głos dając w swoich komentarzach wyraz oburzenia, umiarkowanej tolerancji, ale i niepewności – czy coś da się jeszcze ” z tym” zrobić.

Dlatego też zdecydowałam się powtórzyć mój tekst dla Czytadełka…

***

Nadeszła niedziela a z nią ? Żadnych konkretnych planów… sama w wielkim mieście. No, nie całkiem sama, jest jeszcze pies. Dzieci korzystają z ostatnich wakacyjnych dni… i bardzo dobrze, bo od września w gimnazjum to już nie przelewki. Może by pojechać na giełdę?  Tak jak kiedyś z Horstem? Wtedy nazywało się Tródelem, bo to były prawdziwe jarmarki staroci, a tutaj jest giełda, na której chyba można kupić wszystko! Albo prawie wszystko. Dorze zostawiłam odpowiednią ilość wody do picia i włączone radio, aby nie czuła się samotna. Śmieszne? Zawsze tak robię, gdy muszę wyjść na kilka godzin. Oprócz braku jedzenia oraz picia, dla psa najgorsza jest samotność. Byłyśmy już na porannym spacerze, zapowiada się upalny dzień.

Zdecydowałam się, pojadę! Pospaceruję, pooglądam, może coś znajdę ciekawego…

Dwa autobusy ( konieczna jest przesiadka ) wiozą mnie ku wspomnianej giełdzie. Drugi pełny, ale znajduje się wolne miejsce i czeka mnie pół godziny spędzone w dusznej atmosferze. Nie o powietrze teraz chodzi, ale o konieczność łowieniami uszami rozmowy, jaką prowadzą nad moją głową dwaj, markowo ubrani, nie całkiem pełnoletni. Relacja dotyczyła Anki, która wypiła w sobotę dwa drinki i już była naje… ( nie chodziło o – najedzona.) Sobotni wieczór był k… bardzo sensacyjny. Przede mną stał mały, może 6-letni chłopiec z matką i babcią, zasłuchany w opowieści starszych chłopaków. Gotowało się we mnie – poprosiłam grzecznie, by przestali. Udało mi się, opowiadali ciszej.

Słońce przygrzewało, ludzie wysypali się z autobusu i rozeszli wśród straganów. Po lewej stronie wielkiego placu jest teren, na którym sprzedają zwierzęta. Byłam już tam kiedyś, zaoszczędzę sobie widoku szczeniaczków spoconych w kartonach z rodowodami lub bez, króliczków, chomików, papużek uwięzionych i innych stworzeń, czekających na nowych właścicieli. Mam ściśnięte serce gdy to widzę. Jeszcze na kupno jakiegoś zwierzaczka się skuszę? I co Dora by na to powiedziała?

Idę między straganami z ciuchami i słyszę: - ” k… całe klapki sobie w tym kurzu upierdolę “. Teren jest piaszczysty, a dziewczyna w miniówce i turkusowym topie z cekinami odsłaniającym brzuszek, ma też odpowiedniego koloru japonki. W ogóle widzę, że turkus jest modny tego lata. Na stołach stosy bielizny made in China, ceny korzystne, ale przymierzyć nie ma gdzie, zresztą nie po to tu przyjechałam.

- “Ale zajebiste te kurteczki, zobacz “- inna dziewczyna ciągnie chłopaka do stojaka z jesiennymi, skóropodobnymi, kolorowymi kurtkami. Mam ładniejszą, przywiozłam sobie – myślę i zaczynam grzebać w kartonach wypełnionych porcelaną, wazonikami, kubkami, talerzami… i znajduję: wzór z fiołkami, Eschenbach, brakuje mi do kompletu. – Ile za ten talerzyk? Złotówkę? – Zaraz, zaraz muszę zobaczyć, bo jak KPM, to nie. Kobitka podnosi się z krzesła i ogląda talerzyk- 2 złote. Może być, biorę. Jeszcze szklaną buteleczkę na piasek z plaży w Long Island za jeden złoty polski i idę dalej. Robi się gorąco, ale ja mam chusteczkę na głowie i małą mineralną w torbie, jakoś przeżyję, sama chciałam. Co bardziej warte, to u handlarzy i na stole, co mniej i taniej – na ziemi, na starym kocu lub prześcieradle.

Zegar z Elvisem, talerzowy, decoupage! Leży i aż prosi, by go kupić, nawet nie kicz. -Ile? – trzydzieści – odpowiada mi giełdowy cwaniaczek ze złotym łańcuchem na szyi. Ha, ha i tylko tyle. Szkoda, mogłabym wziąć dla Olego, on kocha Elvisa jak ja, ale nie za taką cenę.

Zielona mucha , a nad nią brzęcząca osa nad stołem z kiełbasą swojską, kaszanką i schabem pieczonym. Wszystko swojskie – zapewnia miła pani i ludzie kupują. Jak długo już leżą te wyroby?

Jest kilka minut po 12- tej, jeszcze trochę powałęsam się. Ktoś kupił dużą kosiarkę do trawnika, używaną i przejeżdża ciągnąc ją i wznosząc tuman kurzu. – Ile dałeś za nią- woła inny ktoś. – Czterdzieści pięć! – Nie pierdol, to ja ku… w zeszłym tygodniu… itp, itd.

Jeszcze jeden rząd kartonów, stojaków, stołów i pojadę do domu. Znów porcelana, aż szkoda, że tak się niszczy. Ile ten wazon- pytam o biały, śliczny Arzberg ( Bawaria ). 10 zeta. Sprzedawca też ze złotym łańcuchem na szyi. 8 – próbuję się targować. – Pani wie co to jest?  - Umiem czytać, ale spytać można, nie? – Kto pyta nie błądzi – przygaduje jego kolega. Daję 10 zeta i cieszę się.

Lubię tródele, handlowanie i szukanie drobiazgów, które podróżują w zakurzonych kartonach, wożone z giełdy na giełdę. Przedmioty, które kiedyś stały w kredensie lub na komódce pieczołowicie odkurzane w sobotę przed niedzielą… Ktoś komuś przywoził kiedyś pamiątki z podróży…

Kupuję sobie torbę, same nówki, lato się kończy, więc cena zadziwiająca, 15 złotych. Wybieram, przebieram w końcu decyduję się na żółtą perłową, nawet podszewkę ma w panterkę, jak moja nowa kurteczka. I w tym pełnym satysfakcji momencie widzę, że autobus w kierunku miasta właśnie odjechał, następny mam za półtorej godziny, a ja jestem głodna i zmęczona. Niektórzy handlarze zwijają powoli stragany, ktoś dźwiga pewnie już zimowe opony… Ostatnia okazja, by zająć miejsce na party ławce pod party straganem i kupić kawę w plastykowym kubku oraz pajdę wiejskiego chleba z podsmażonym mielonym, cebulką i kiszonym ogórkiem. Mam nadzieję, że mi od tego wątroba nie wysiądzie, a w razie czego w domu mam Verdin. Właścicielka uśmiecha się do mnie, pyta czy smakuje. Chyba muszę się pospieszyć, bo zaraz też zwijają. Obok stołów ( a jest ich kilka) kosz na śmieci i karton na odpadki chleba. Bardzo dużo odpadów pysznego chleba. Mam nadzieję, że ktoś karmi nimi domowe zwierzęta, a nie lądują w śmietniku. Kawa dokończona, dziękuję i spacerkiem przenoszę się na przystanek autobusowy. Jest zadaszony i ławka na szczęście też długa, bo już zaczynają schodzić się ci, którzy też nie zdążyli na poprzedni bus.W niedzielę wiadomo, jeżdżą rzadziej. Najpierw młodzi oboje z maluszkiem w wózku. Ona nakarmiła go ze słoiczka, na to herbatka, a potem rodzice zapalili po papierosku, dmuchając bezmyślnie synkowi niedaleko noska.

Następna para, posuwam się na koniec ławki. Ona nawet ładna, rozczochrana, on z puszką piwa w ręce, glaca. Usiadł, westchnął: – gorąco kur… i zdjął koszulkę, ukazując cały tors w tatuażach drobnych, chińskich znaków. Dołączył do nich inny starszy i rozmowa jak z kabaretu. Glaca: – ku… rozporek mi się rozpier… i próbuje zapiąć. Starszy: -potrzebuje wolności i do rozczochranej: – nie dajesz mu? Rozczochrana śmieje się radośnie, susząc żółte ząbki. Glaca: – no co, trzy miechy nic, to się ku… pierd… chce. Starszy: – czemu trzy, gdzie byłeś ? Glaca: – zapuszkowali mnie, ku… policjantowi wyjeb… bo się dopier…

Nie słuchając dalszego ciągu kryminalnej opowieści, zabrałam moje torby z ławki, kupiłam szybko kilogram pięknych, pachnących ogrodowym słońcem pomidorów na pobliskim straganie i pokiwałam głową słysząc, że wszystko będzie droższe, a chleb proszę pani, to nawet o 1,50 zł. Bogu dzięki, nadjechał autobus, nawet trochę wcześniej niż powinien. Przechodząc obok sportowego placu zabaw dla dzieci, usłyszałam: – no podaj tu, ku… do mnie!  Chłopcy, może 8-letni grali w piłkę na bramkę…

Nareszcie w domu, pies ucieszył się nieprzytomnie. Wiadomo, tak cieszyć się umie tylko pies na powrót swojej pani. Otworzyłam dla niej puszkę gulaszu dla kotów. Delikatny obiad dla psich seniorek, polecam.

Weszłam pod prysznic próbując zmyć z siebie nie tylko kurz, ale cały niesmak mojej eskapady. A przecież szukałam tam wspomnień… Potem zrobiłam sobie mrożoną kawę, to znaczy, ja moją kawę za taką uważam: mocna neska z dodatkiem całej kostki waniliowego loda. I popijając, zamyśliłam się nad pewną audycją telewizyjną, którą prowadzi znany językoznawca prof.Jan Miodek.Tego wydania akurat nie oglądałam, ale moja koleżanka będąca polonistką i czynną nauczycielką języka ojczystego opowiadała mi, że w jednym ze swoich telewizyjnych programów profesor wypowiedział się o wyrazie “zajebisty”, iż :  nie jest on wyrazem obscenicznym i zaliczny jest do tak zwanych liczmanów. A liczman to wyraz lub wyrazy, które używamy, gdy mamy ubogie slownictwo i brakuje nam słów. To nie musi być wyraz wulgarny: może być np: prawda, eeeee, yyyyy, panie tego itd. Najczęściej jednak jest to: ku…, ja pier…, ch… we wszystkich gramatycznych odmianach. I gdyby pozbawić nasza mowę ojczystą tych paru dosadnych wyrazów, używanych dla podkreślenia temperatury naszych uczuć lub zdarzeń - stanie się ona o wiele uboższa.

Nie chce mi się wierzyć: to Pan Profesor tak stwierdza, czy popiera? Dla mnie są to wulgaryzmy nie do zniesienia, z którymi trzeba walczyć i przestaję lubić profesora. Moja koleżanka zresztą już też. Czas przeszły dokonany.

A jeżeli zachwaszczenie mowy polskiej zatoczy jeszcze szersze kręgi i cała ta wulgarność obyczajów trafi w zaświaty?

Jeśli stanę kiedyś przed Niebieską Bramą, a św. Piotr zapyta mnie: – po chol… tu przyszłaś, to co ja wtedy zrobię???

Anna Strzelec

Powiązane artykuły, wydarzenia kulturalne, recenzje - na portalu kulturalnym Coolturka

Comments
2 RKomentarze to “Felieton. O mowo polska ! Anna Strzelec”
  1. anonim pisze:

    tak właśnie dbamy o nasz ojczysty język, zgroza

  2. Mary pisze:

    Jako polonistka zawsze walczyłam z wulgaryzmami, często rozmawiałam ze swoimi uczniami na temat piękna mowy ojczystej, mówiłam im: “otwórz buzię, a powiem ci kim jesteś”.Oni to rozumieli, ale gdy któregoś razu zwróciłam uwagę przygodnie napotkanym małolatom, usłyszałam:”odpier…” To nie byli moi wychowankowie, bo mam nadzieję, że przynajmniej oni nie kaleczą naszej mowy. Popieram Pani Anno, jestem tak samo zbulwersowana, nie można dać przyzwolenia na chamstwo.Pozdrawiam.

Komentuj